Jest jedną z tych projektantek, które pozyskują klientów inaczej. Zamiast gromadzić followersów na Instagramie, buduje relacje. Z kim? O to właśnie zapytaliśmy Weronikę Rafę, która pracowała między innymi dla Google czy Mety.
Zacznijmy może od tego, że poza Ladacznicą, to Ciebie w sieci za bardzo nie ma. Masz portfolio, konto na Instagramie, ale raczej nie wyglądają, jakbyś publikowała na nich regularnie. Zasięgi też takie raczej nieduże, a wiem, że pracowałaś dla naprawdę dużych klientów. Jak to się zadziało?
To jest pytanie, które dotyka moich największych wyrzutów do samej siebie. Faktycznie, moje social media są nieaktywne, a może wypadałoby nawet powiedzieć „martwe”. Prosta odpowiedź na to pytanie jest taka, że często korzystam z agentów rekrutacyjnych, więc zasięgów z mediów społecznościowych nie potrzebuję.
Największe projekty z tymi największym firmami, prawie zawsze były robione przez agentów. Czasami byli to agencji wewnętrzni, jak w przypadku Google, a czasami agencje rekrutacyjne.
W UK i USA nie szuka się zleceń samodzielnie?
Taki jest plus działania na rynku brytyjskim i amerykańskim, gdzie te agencje rekrutacyjne doszły już do takiego poziomu, że wielu freelancerów dostaje zlecenia głównie przez kontakt z agentami i agencjami. W moim przypadku przyciąga ich portfolio, ale i profil na LinkedIn. Po 10 latach pracy w branży projektowej trochę też na pewno działa moje CV i zaufanie, które zbudowałam z rekruterami i agencjami.
Jak wygląda rozmowa z takim rekruterem?
Różnie. Na początku jest introduction, spotykamy się i rozmawiamy, by się poznać. Teraz często piszą już z konkretną ofertą. Najczęściej jest to opis roli, bez wskazania, kim jest klient. Dostaję opis roli, stawki i zakres czasowy.
Jak pracuje się dla Google, Adobe czy Apple?
To były bardzo różne zlecenia. Jeśli chodzi o Google, to pracowałam bezpośrednio u nich, ale dla Mety, Apple i Reddit pracowałam przez agencję. Ta praca wygląda trochę inaczej, w zależności od tego, czy korporacja jest klientem, czy agencja.
Wydaje mi się, że jak jesteś w środku, w zespole Google, to trochę mniej stresuje. Dostajesz większe zaufanie. Google Creative Lab to taka in-house’owa agencja Google. Pracujemy dla innych działów tej jednej firmy.
Jeśli chodzi o agencję, to zależy dużo od zespołu. Zdarza się chaos w projekcie.
Dlaczego w Twoim portfolio nie ma wszystkich dużych marek?
To zależy od agencji albo klienta. W przypadku pracy przy Reddit zostałam oficjalnie podpisana na ich stronie. Projektu dla Mety pokazać nie mogę. Bardziej zależy mi na kontaktach z tymi klientami, rekruterami i agencjami, niż pokazywaniu wszystkiego w portfolio. Mam, powiedzmy, w miarę stabilne zatrudnienie i chcę, by tak pozostało.
Negocjujesz możliwość pokazania prac, czy tylko stawki?
Negocjując umowę, rozmawia się nie tylko o pieniądzach. W przypadku amerykańskiego klienta często negocjuję strefę czasową. Kiedyś przez 8 miesięcy pracowałam w nowojorskim czasie i było to bardzo trudne fizycznie.
Mogę pokazywać i mówić o tym, co jest online. Projekty wstępne, szkice, to wszystko musi pozostać tajemnicą.
Jaki feedback dają klienci z zagranicy?
To zależy od kraju. Z agencjami w Anglii mam dobre doświadczenia, każdy w zespole może się wypowiedzieć na temat tego, co robimy. Choć zdecydowanie komunikacja jest mniej bezpośrednia, trochę trzeba się domyśleć, o co chodzi. Ta umiejętność przychodzi z doświadczeniem.
W Niemczech jest chyba podobnie, jak w Polsce. Komunikacja jest bezpośrednia, ale też jest wyraźna hierarchia, a uwagi idą od samej góry na dół. To może powodować frustrację i poczucie, że nie ma się wpływu na projekt, bo jest się na samym dole tego lejka. Dużo też zależy od roli, którą się ma w projekcie.
Które projekty sprawiają Ci najwięcej radości?
Myślę, że te najmniejsze projekty, bo mogłam w nich działać tak, jak chciałam. Cenię te, w których pracuję już nie przez agencję, a bezpośrednio z klientem. Takie, w których mogę eksperymentować, zrobić coś nowego, dziwnego.
Teraz pracuję na kontrakcie w firmie IT, gdzie moja managerka zachęca mnie do eksperymentów z AI.
A którego etapu swojej pracy nie lubisz?
Chyba tego, który nazwałabym design development. Kiedy koncepcja jest już wybrana, trzeba testować system wizualny w aplikacjach, rozwijać koncepcję. Wtedy kończy się poszukiwanie, a zaczyna taka monotonia.
W jednym z wywiadów stwierdziłaś, że rzuciłaś studia z psychologii, bo w pewnym momencie stwierdziłaś, że jesteś w stanie się utrzymać z projektowania. Powiedz mi, jak takie rzeczy się „czuje”?
Rezygnacja z psychologii to był bardzo emocjonujący moment dla mnie. Pierwszy raz w życiu rezygnowałam z czegoś, w co się bardzo zaangażowałam. Przy czym to wszystko przebiegło w bardzo pozytywnych emocjach.
Miałam coś koło 20 lat. Poszłam na psychologię, bo nie dostałam się na grafikę. Przez 3 lata studiowałam 2 kierunki. Psychologię w systemie dziennym, a grafikę zaocznie. Potem zdawałam jeszcze raz na grafikę i za drugim razem już się dostałam. Czyli ciągnęłam dwa kierunki na dwóch uczelniach jednocześnie. Dodatkowo były to kierunki, na których nie wystarczyło się pokazać raz na semestr. Był to dla mnie naprawdę pracowity czas, bo mi zależało i przykładałam się zarówno do zajęć na psychologii, jak i tych na ASP.
Wtedy po części udowodniłam sobie, że dam radę w trudnych warunkach. Do tego doszedł fakt, że nie wyrzucili mnie z żadnego z tych kierunków. Wiedziałam też, że nie chcę być psychologiem. Traktowałam psychologię jako przedłużenie własnej terapii. Poszłam na studia, bo byłam zainteresowana dziedziną, ale nie chciałam robić tego zawodowo. Inaczej było z grafiką. W pewnym momencie uwierzyłam w siebie i postawiłam wszystko na jedną kartę.
Dla jasności: nie miałam pewności, czy mi się uda.
W ogóle, fajnie się o tym rozmawia, bo to dawne dzieje. Na co dzień nie sięgam pamięcią tak daleko, nie analizuję tego. Pamiętam, że miałam wsparcie w prof. dr hab. Nataszy Kosakowskiej-Berezeckiej, ale ona akurat była na psychologii. Miałam u niej robić magisterkę, był wybrany temat, a ja powiedziałam jej, że odchodzę. Była bardzo wspierająca.
Nigdy nie żałowałaś?
Nigdy. Co prawda musiałam trochę oddzielić swoją decyzję od tego wszystkiego, co mówili ludzie wokół. Znajomi, rodzina, oni wszyscy oceniali ten wybór. Myślę, że w tym najbardziej pomogły mi te pozytywne emocje wokół zmiany. Dziś na studia z psychologii patrzę z perspektywy tego, że cała ta wiedza jest moja, a dużo się nauczyłam.
Rzuciłaś jedne studia w Polsce, została ASP. Potem był wyjazd za granicę. Czy od początku miałaś taki konkretny plan, czy to były decyzje podejmowanie na gorąco?
Zdecydowanie plan. Miałam za sobą 4 lata studiów na ASP (liczę 3 lata licencjatu na dziennych i ten rok zaocznych) i były na tej uczelni rzeczy, które mnie denerwowały. Chciałam innego środowiska.
Wielka Brytania była w Unii Europejskiej, wiec wyjazd tam nie był trudny. Wysyłałam portfolio i aplikowałam na magisterkę na różne uczelnie i kierunki w Londynie. Dostałam się, rodzice wsparli ten wyjazd i pojechałam.
Studia artystyczne w UK są inne?
Nie można ich do końca zestawiać ze sobą, bo tutaj mamy Akademie Sztuk Pięknych, a za granicą to są często uniwersytety. Magisterka w UK zdecydowanie bardziej polegała tam na poszukiwaniach i pracy koncepcyjnej, niż ćwiczeniach warsztatowych.
W UK większy nacisk stawiają na zdobywanie informacji, czytanie, postawienie sobie jakiegoś problemu i rozwiązanie go w projektowy sposób. Dodatkowo ocenia się zupełnie inaczej. Tam każda ocena jest rozpisana na oceny cząstkowe. Dowiadujesz się, jakie coś jest pod względem innowacyjności, techniki, researchu i wielu innych aspektów. Dopiero na końcu jest finalna ocena. Dzięki temu ja miałam poczucie, że praca, którą włożyłam, była realnie oceniana.
Które podejście: polskie – warsztatowe, czy angielskie – koncepcyjne, bardziej przydaje się teraz w Twojej pracy.
Wszystko się przydaje. Kiedy byłam studentką, faktycznie czułam gniew na polską edukację, ale teraz doceniam ten warsztat z Polski.
Masz w swoim portfolio projekt, który powstał w czasie pandemii. Opowiesz o nim?
To był taki projekt, który powstał kiedy miałam mniej zleceń. Byłam wtedy w Anglii i miałam chyba zupełnie inny obraz pandemii, niż w Polsce. Codziennie publikowano statystyki zmarłych, a nam towarzyszyło ciągłe uczucie strachu. Chciałam je trochę zagłuszyć, więc sięgnęłam po design i zaczęłam trochę komentować tę rzeczywistość, zamieniać ją w grę. To był rodzaj wizualnego pamiętnika.
Umieściłam tę grę w portfolio, bo wydaje mi się, że wiele fajnych projektów powstaje, kiedy nie ma zleceń czy klienta. Mózg może działać trochę inaczej.
Jak opisałabyś swój styl?
Ostatnio nawet o tym myślałam. Dostrzegam pewną nić podobieństwa między tym, jak projektowałam 10 lat temu i teraz. Powiedziałabym, że mój styl oparty jest na eksperymentach, zabawie wizualnej i zabawie narracją. Bardzo często robię projekty, które zaczynają się od typografii, często używam litery. Ważnym elementem jest też narracja, patrzenie na projektowanie jak na taki ciąg przyczynowo-skutkowy.
Załóżmy, że na widowni GrafConf siedzi student ASP i myśli, że też chce pracować dla klientów z Wielkiej Brytanii i Stanów. Jakie umiejętności poza warsztatowymi powinien mieć? Angielski to oczywistość, ale może coś jeszcze?
Wszystkie umiejętności miękkie, które są potrzebne do rozmawiania z ludźmi. Musisz być dobra w small talk, opowiadaniu o projektach. Przede wszystkim trzeba spróbować, wysyłać CV, być odrzucanym i wysyłać dalej. Nie tylko do agencji, w których chcesz pracować, ale też do rekruterów, bo to oni mogą mieć więcej czasu na przeglądanie aplikacji.
Obserwujesz jakichś twórców z Polski?
Obserwuję, obserwuję różnych twórców z Polski. Zdarzało się, że dopiero po pewnym czasie orientowałam się, ktoś, kogo obserwuję jest właśnie z Polski. Na radarze mam Martynę Wędzicką-Obuchowicz, dziewczyny z Polish Design Scene, Jacka Janiczaka, Mateusza Machalskiego i Zuzę Rogatty.
Weronika Rafa wystąpi podczas GrafConf 2025 6 września w Toruniu. Bilety lazy birds są jeszcze dostępne!