Zarówno w tytule tego artykułu, jak i w życiu każdego grafika doszukać się można wielu zaprzeczeń. Z jednej strony jest to przyjemna praca, która pozwala łączyć pasję z działalnością zawodową, z drugiej – zdarza się jej być pasmem nieporozumień, a jeśli trafi się na ciężkiego klienta – możne on szybko sprawić, że odechce się nam wszystkiego. Niektóre problemy są większe, inne mniejsze. Niektórych nie ominiemy, inne możemy, jeśli uda nam się wyłapać je wystarczająco szybko i odpowiednio zareagować.

Przekazywanie niekompletnych wytycznych

Brief, to najlepszy przyjaciel projektanta, pozwala na poznanie celów jakie chce osiągnąć nasz klient, jego firmy oraz oczekiwań odbiorcy odnośnie samego projektu. Jeśli wytyczne, jakie otrzymamy od klienta są niekompletne, albo nie ma ich w ogóle, czekają nas dwie możliwe przyszłości. W pierwszej, szczęśliwej, korzystając z intuicji i doświadczenia, uda nam się stworzyć projekt, który sprosta oczekiwaniom klienta i wpasuje się w jego gust. W drugiej – bardziej prawdopodobnej – trafimy w wizję klienta częściowo lub w ogóle, a naszych decyzji projektowych nie będziemy mogli uargumentować, bo nie wiemy nawet jakie zadanie mieliśmy spełnić. Kolejnym krokiem jest już tylko tworzenie niezliczonych projektów na ślepo w nadziei, że uda nam się trafić.

Co robić? W tym wypadku odpowiedź jest prosta – jeśli klient sam nie potrafi opowiedzieć o tym czego potrzebuje (a na dobrą sprawę wcale nie musi potrafić), musimy to z niego wyciągnąć. Wiele osób ma problem z formularzami czy innymi dokumentami, których celem jest wydobycie z nich informacji. Razi ich branżowy żargon, przeraża tytuł brief, psychicznie blokuje oficjalna forma przypominająca test z polskiego. Jeśli trafiliście na takiego klienta – należy rozmawiać. Najlepiej sprawdzi się tutaj rozmowa w cztery oczy, jeśli jednak nie jest ona możliwa – ta telefoniczna czy wykorzystująca głosowe połączenia internetowe, także powinna zdać egzamin. Oczywiście po zakończeniu powinien powstać brief, pisze go jednak projektant, a klient jedynie akceptuje.

Igor Mojzes, Fotolia.com

Igor Mojzes, Fotolia.com

Trudna do okiełznania komunikacja

Komunikacja z klientem, to ta część pracy grafika, za którą większość z nas prawdopodobnie nie przepada. Bez znaczenia, czy pracujemy sami i sami kontaktujemy się z klientem, czy filtrem jest jakiś project manager – problemy bywają podobne.

Ciągłe rozmowy telefoniczne, są jednym z najbardziej frustrujących mnie aspektów pracy. Dla klientów są one szybką formą komunikacji – mogą przekazać informację, jeśli nie chce im się pisać maila lub po prostu tego nie lubią. Dla grafika pracującego akurat nad innym projektem, jest to często spore rozproszenie (szczególnie jeśli jak mnie, rozproszyć go nie trudno). Co gorsza – jeśli sprawa jest poważna, i tak wymaga to sporządzenia wiadomości podsumowującej i to najlepiej od razu, kiedy jesteśmy jeszcze na bieżąco.

Innym częstym problemem jest zalewanie mailami z małą ilością informacji, najczęściej dotyczącymi jednego tematu, nierzadko na wzajem się dezaktualizującymi. W ten sposób bardzo łatwo wprowadzić grafika w błąd i sprawić aby się pomylił. Jak mało co, chaos w komunikacji potrafią wprowadzić także wiadomości mailowe bez tytułu (albo z tytułem nieadekwatnym) oraz takie rozproszone na wiele wątków lub znajdujące się w wątkach nieodpowiednich. Skrupulatne podchodzenie do porządkowania korespondencji elektronicznej pozwoli nie tylko zaoszczędzić czas podczas odpisywania, ale także sprawi, że łatwiej będzie nie pominąć ważnych informacji.

Co robić? Przede wszystkim zacząć od siebie – prowadźcie swoją komunikację z klientem tak, jakbyście chcieli, aby on prowadził ją z Wami. Jeśli rozmawiacie na temat kilku, niezwiązanych ze sobą projektów, róbcie to w osobnych wątkach, nawet jeśli odpowiadanie w ten sposób zajmie nieco więcej czasu. Jeśli wiadomości są skomplikowane i zadajecie w nich klientowi kilka różnych pytań, warto je ponumerować. Ludzie mają tendencję do skupiania się jedynie na ostatnim akapicie czytanej wiadomości, mogą więc bez szczególnie ukrytych celów, pominąć jakieś pytanie, jeśli nie będzie ono wyraźnie oznaczone.

Projekty krystalizujące się w czasie

Inny, często pojawiający się grzech nieco przypomina pierwszy opisywany w tym tekście, wynika jednak nie tylko z braku umiejętności sporządzenia briefu, ale także z niewiedzy co faktycznie ma się w nim znaleźć. Klienci w tym wypadku pozwalają projektantom na stworzenie pierwszego projektu i dopiero po jego otrzymaniu zaczynają zastanawiać się co tak naprawdę powinno się w nim znaleźć. Sytuacja ta jest frustrująca i wyjątkowo niekomfortowa wtedy, gdy jeszcze na dodatek się spieszy.

Co zrobić? Jeśli próba wyciągnięcia od klienta informacji na temat danego zadanie nie kończy się sukcesem, a problem projektów krystalizujących się w tle powtarza się, warto po prostu podnieść cenę, aby wykonywanie ich się opłacało, albo zrezygnować.

Igor Mojzes, Fotolia.com

Igor Mojzes, Fotolia.com

Projektowanie za Ciebie. W Paintcie!

Projektowanie jest proste i każdy może to robić… a przynajmniej tak wydaje się części klientów. Pomysły na logo, układ strony internetowej czy plakatu zaprojektowane w Paintcie przez bratanka, wuja, wnuczka czy samego klienta są znane prawdopodobnie wszystkim. Oczywiście zdarza się, że pomysły takie kończą się dobrze i faktycznie wychodzi z tego coś ciekawego, jest to jednak zjawisko rzadkie. Znacznie częściej kończymy z brzydkim projektem, albo po długim czasie walki – udaje nam się wypracować sensowny konsensus.

Co zrobić? Spróbować przekonać klienta, że nie jest to dobry pomysł. Jeśli argumenty słowne nie pomagają, zazwyczaj warto pokazać projekt nadesłany oraz stworzoną przez nas alternatywę. Wymaga to co prawda więcej pracy, jednak może uratować nas przed stworzeniem kolejnego projektu, którego nie warto pokazywać w portfolio.

Projekty „na spróbowanie” i zapłata jeśli się spodoba

Praca za darmo jest problemem wałkowanym w świecie graficznym bardzo często, bo jeśli praca sprawia nam przyjemność, to w sumie dlaczego nam za to płacić? Wychodzący z takiego założenia klienci zazwyczaj nie zdają sobie sprawy z zakresu obowiązków i prawdopodobnie nigdy i tak by w niego nie uwierzyli, zazwyczaj lepiej więc się po prostu wycofać. Przekonywanie klienta, że za zjedzonego pączka i tak by musiał zapłacić, zazwyczaj nie przyniesie większych skutków.

Istnieje także spora rzesza osób, które niekoniecznie chcą coś na spróbowanie, jednak nie do końca chciałyby też płacić za kota w worku. Ze strony konsumenta jest to zrozumiałe, jednak ze strony grafika – niedopuszczalne. W końcu bez znaczenia czy klient ostatecznie zaakceptuje projekt czy nie, my i tak musimy przeznaczyć na niego sporą ilość czasu.

Co zrobić? W pierwszym wypadku – uciekać. W drugim warto tak skonstruować umowę, aby klient czuł się bezpiecznie, a my bylibyśmy finansowo zadowoleni. Bardzo dobrze sprawdza się tutaj zadatek – bezzwrotna forma zapłaty na poczet rozpoczęcia prac. Jego wartość może być ustalona na tyle, aby pokryła nasze koszta do momentu w którym klient będzie wiedział, że współpraca z nami przebiegnie tak jak tego chciał i da wyniki, których oczekiwał (bo przecież w większości przypadków to od pierwszych projektów zależy, czy dana koncepcja się podoba, czy nie).

Słabej jakości materiały

Bolączką każdego grafika są także materiały dostarczane przez klienta – zawsze otwiera się je z pewnym strachem przed tym, co można tam zobaczyć. Logo dostarczane w Wordzie, raster w pliku Illustratora, zdjęcia z datą albo robione telefonem, to tylko niektóre problemy, jakie mogą stanąć na naszej drodze. Jeszcze większe pojawiają się wtedy, gdy dane elementy mamy nie tylko zamieścić na stronie (schować gdzieś głęboko w galerii czy na podstronie), ale wykorzystać jako element projektu, najlepiej po gruntownej obróbce – usunięciu daty, wyczyszczeniu maszyny z błota, obróceniu przodem i usunięciu postaci stojących przed nim.

Co robić? Jeśli logo klienta nie robiła sekretarka w wordzie, prawdopodobnie gdzieś w archiwach firmy znajduje się jego plik wektorowy, w większości przypadków otrzymujemy jpga, bo to jedyny format, który klient potrafi sobie otworzyć i zweryfikować bez większych problemów. W tym wypadku zazwyczaj warto zarzucić osobę z którą się kontaktujemy listą możliwych rozszerzeń plików – jeśli nie zostały usunięte (bo przecież nie dało się ich otworzyć!), powinniśmy je otrzymać. Jest tutaj także przestroga dla nas – grafików. Po stworzonym logo, warto przesłać zamawiającemu także księgę znaku, najlepiej w formacie pdf – ułatwimy tym samym pracę kolegom po fachu, bo to jeden z niewielu formatów, które klient otworzy, a my możemy zawrzeć w nim plik wektorowy.

Igor Mojzes, Fotolia.com

Igor Mojzes, Fotolia.com

„Małe” zmiany w gotowych projektach

O nazewnictwie i wersjonowaniu plików graficznych krąży już masa żartów w sieci, nie bez powodu, bo klienci potrafią zmieniać wiele i długo, czasem nawet po zaakceptowaniu finalnego projektu. Jeśli mowa tutaj o plakacie, albo wizytówce, problem jest o tyle mały, że dotyczy jednego jej elementu (nie wymaga więc dużych nakładów pracy). Schody zaczynają się, gdy mamy do przerobienia większe projekty. Małe zmiany w menu po stworzeniu 15 widoków, korekta numeru telefonu w stopce 30 stronicowego katalogu, zmiana koloru tła wizytówki… dla 20 pracowników.

Co robić? Płakać, odmówić, albo starać się wykorzystywać narzędzia, którymi obdarowuje nas los, a właściwie Adobe (czy też inny producent oprogramowania). Twórcy programów graficznych starają się pozwalać na coraz większą automatyzację pracy. Bez znaczenia więc, czy planujemy szereg poprawek, czy nie – korzystajmy z obiektów inteligentnych, szablonów stylów, wzorców stron, łączy i innych elementów, które w sytuacji kryzysowej pozwolą za szybką zmianę. Pamiętajmy też do czego stworzone zostały konkretne programy – możliwości edycyjne Indesigna są o wiele szersze niż Illustratora, jeśli więc projektujecie kilkustronicową broszurę, zawsze warto skorzystać z tego pierwszego (szybciej zmienimy elementy strony, kolorystykę i inne, kluczowe elementy).

Projekty po innych grafikach

Graficy nie lubią pracować na cudzych plikach graficznych niewiele mniej, niż programiści na cudzym kodzie. Pułapek jakie mogą nam się przytrafić jest tutaj wiele – od edycji czy korzystania z elementów projektu do którego otrzymujemy tylko jpga, przez korekty katalogów w Indesign w których style przypisane są wyrywkowo i trzeba na oko wyłapać do których elementów. Czasami nasza baza do pracy okazuje się być po prostu brzydka, co blokuje cały proces i sprawia, że nie ma się ochoty do niego wracać.

Co zrobić? Jeśli firma jest duża, prawdopodobnie powinna posiadać księgę identyfikacji wizualnej, z jej pomocą będzie nam łatwiej wpisać się w wymagany styl, niż byłoby to w przypadku zwykłej inspiracji nadesłanym projektem. Jeśli jej nie ma, warto pomyśleć o niej samemu. Oczywiście nie musi mieć to oficjalnej formy, nie ma też powodu, aby trafiała ona do klienta, jeśli jednak posiadamy kilka projektów poprzednika, warto zastanowić się jakie elementy są tam istotne i powtarzają się, a następnie wykorzystać je w swoich realizacjach.

Igor Mojzes, Fotolia.com

Igor Mojzes, Fotolia.com

Powiększanie do granic wytrzymałości

Klient nie płaci za puste przestrzenie, to stwierdzenie, chociaż kuriozalne, czasami da się słyszeć podczas poprawiania projektów. Niewiedza na temat odbioru grafiki oraz przeświadczenie, że im coś jest większe, tym jest lepiej widoczne sprawia, że część projektów zamiast z poprawki na poprawkę stawać się bardziej czytelnym, traci na dobrym odbiorze. Klasyczne już make my logo bigger jest tylko wierzchołkiem góry lodowej, zaraz pod nim znajduje się rezygnowanie z marginesów na korzyść bloków tekstowych, albo widoczności bez konieczności przewijania.

Co zrobić? Jeśli nie jesteśmy w stanie przekonać klienta sami, warto sięgnąć po siły wyższe, autorytety, badania potwierdzające, że puste przestrzenie są potrzebne i odpowiednio użyte nadają projektowi odpowiedniej hierarchii, a co za tym idzie – poprawiają jego czytelność. Warto o tym poczytać, bo jeśli nasza wiedza będzie rzetelna, klientowi znacznie łatwiej będzie nam zaufać w tym temacie. Ja swoją mam zamiar poszerzyć w najbliższym czasie, efektami poszukiwań na pewno podzielę się w artykule.

Projekty na wczoraj

ASAP w tytule wiadomości email to znak, że przyszedł czas na kawę, albo inny napój energetyczny. Walka z czasem to klasyczna część naszego zawodu, nie da się jej wyeliminować całkowicie, nawet jakbyśmy się bardzo starali. Nowi klienci, którzy potrzebują projekty w jeden dzień, nie są dla większości problemem – po prostu się ich nie bierze. Większy jest z tymi, z którymi współpracujemy dłuższy czas, a kooperacja układa się dobrze, nie chcemy więc pozostawić ich na lodzie, szczególnie wtedy, kiedy naprawdę nas potrzebują.

Co zrobić? Jeśli zlecenia takie pojawia się raz na jakiś czas, myślę że można to po prostu zrobić, jeśli natomiast się powtarza, konieczna z pewnością będzie dyskusja. Szczera rozmowa na temat naszych możliwości, to czasem wszystko co jest potrzebne, aby wprowadzić prace na dobre tory (większość z klientów nie ma pojęcia ile trwa wykonanie danego projektu). Jeśli jednak to nie pomaga, ponownie jak w przypadku projektów krystalizujących się w czasie, należy rozważyć rozstanie się, albo podniesienie stawek (David Airley w jednej ze swoich książek wspominał o 30-50% wzroście kosztów w przypadku pilnego terminu realizacji).

A jakie są najcięższe grzechy Waszych klientów?