Patryk Hardziej od lat wraca do historii polskiego projektowania nie po to, żeby ją zamknąć w archiwum, ale żeby wydobyć z niej coś użytecznego dla współczesnych projektantów. Interesują go znaki, plakaty, publikacje i ludzie, ale jeszcze bardziej sposób myślenia stojący za pracą twórców, którzy projektowanie traktowali jako rzetelne, codzienne ćwiczenie.
W rozmowie opowiada o spotkaniu z Karolem Śliwką, potrzebie badania tego, co już było, i o tym, dlaczego historia grafiki użytkowej może być dziś czymś więcej niż sentymentalnym powrotem do „złotego wieku”.
Patryka posłuchacie podczas tegorocznej edycji konferencji GrafConf, 12 września w Toruniu. Bilety wciąż są dostępne na naszej stronie.
Przy okazji dyplomu na gdańskiej ASP, przeprowadziłeś wywiad z Karolem Śliwką i sam mówisz, że to była jedna z ważniejszych rozmów w Twoim życiu. Co konkretnie w niej sprawiło, że z projektanta stałeś się też badaczem i strażnikiem pamięci o polskim projektowaniu?
Strażnik nie dopuszcza i broni, ja natomiast chciałbym, żeby każdy miał dostęp do wartościowych informacji. Wolę o sobie myśleć jako o ciekawskim projektancie-poszukiwaczu. Stąd chęć organizowania wystaw, czy wydawania publikacji. Mam tak, że jak jakiś temat mnie interesuje, to staram się go zgłębić do dna. Jak już do tego dna dochodzę, okazuje się, że to jest dopiero początek przygody i że już ktoś kiedyś to zagadnienie zbadał oraz opisał i wszystko zaczyna się na nowo, ale doświadczenie pozostaje. Nawet jak dołożyłem od siebie tylko 1% do obecnej wiedzy to i tak uznaję to za sukces. Myślę, że stawianie sobie indywidualnie wyzwań, bez czekania, aż przyjdą z zewnątrz nas bardzo rozwija. Od rozmowy o której wspominasz w pytaniu minęło 12 lat, a czuję, że jeszcze jest wiele do odkrycia. Karol Śliwka był dla mnie łącznikiem z czasami i myśleniem o którym niewiele wiedziałem. Myśleniem, które stawało się filozofią życiową, opartą na dobrych relacjach z innymi ludźmi oraz rzetelnej i uczciwej pracy bez drogi na skróty.

Prelekcja ma być o tym, jak zmieniło się Twoje podejście do projektowania. Gdybyś miał wskazać jeden moment albo jedną decyzję, po której projektujesz inaczej niż na starcie, co to było?
Kiedyś myślałem, że ilustracja jest związana z pracą manualną, a projektowanie z pracą przy komputerze w oparciu o współczesną technologię. Teraz jednak staram się te dwa światy łączyć. Każda praca, nawet jeżeli jej efekt jest w 100% cyfrowy zawsze posiada element manualny. Rysowanie jest dla mnie nadal ważnym etapem, gdy go brakuje praca staje się mniej ludzka. A to jest dla mnie coraz ważniejsze. Natomiast obojętnie jakich narzędzi użyjemy, nadrzędna jest idea. Najlepiej jak ta idea ma komuś pomagać, zmusić do myślenia, albo estetycznie cieszyć.
Rynek premiuje to, co nowe i szybkie, a Ty konsekwentnie wracasz do starszych rozwiązań. Co takiego jest w tamtym projektowaniu, czego dzisiejsza grafika nie potrafi albo zapomniała i czy to grzebanie w historii stało się z czasem Twoim sposobem na wyróżnienie się na rynku?
Tak było zawsze, wszystko przyspiesza i przyspieszać będzie, design zawsze był uzależniony od technologii, dlatego ważne jest aby się w tym wszystkim nie zatracić. Alfabet fenicki, wynalazek Gutenberga, monotyp, linotyp, fotoskład, rozwój technik drukarskich i dziesiątki innych urządzeń, a później komputery dyktowały warunki i wyznaczały nowe sposoby replikowania informacji. Aby nie stracić orientacji, zacząłem od analizowania tego co było. Można wtedy zobaczyć co nas ukształtowało, dlaczego rzeczywistość wizualna wygląda tak jak wygląda. Perspektywa historyczna pozwala nam osadzić komunikację wizualną czy informacyjną w kontekście społecznym, politycznym i ekonomicznym. Wszystko na siebie oddziałuje. Dzięki temu trochę lepiej można zrozumieć rzeczywistość, przynajmniej mam taką nadzieję, bo pewności nigdy mieć nie można. Jeżeli coś działa 50, 60, 100 lub więcej lat, to dla mnie jest dowodem na pewien uniwersalizm i do niego sięgam, starając się zrozumieć dlaczego tak jest. Jeżeli do uniwersalizmu dodamy nowy kontekst i współczesne narzędzia, indywidualne spojrzenie to otrzymujemy nową jakość, która nie jest zaprzeczeniem, a kontynuacją. Nie mam w sobie optymizmu modernistów, którzy wierzyli, że działaniami projektowymi można zmienić świat, ale ich sposób myślenia jest dla mnie ogromnie inspirujący.
W jednym z wywiadów opowiadałeś, że projektanci, z którymi rozmawiałeś, mimo zaawansowanego wieku wciąż tworzyli. Emerytura nie była dla nich końcem kariery, bo praca dawała im radość. Dziś częściej słyszy się o wypaleniu niż o takiej radości. Jak myślisz, co się po drodze zepsuło?
Mam przeczucie, że dzisiejsze wypalenie nie dotyczy tylko projektantów, a jest problemem pokoleniowym. Nadmiar informacji, negatywnych emocji, którymi codziennie się zderzamy, hejt, ekrany, presja, polityczna walka, problemy globalne, które są tak komunikowane, że czujemy się ich częścią, a nawet sprawcami. To wszystko powoduje, że mimo to, że żyjemy w bardzo komfortowych czasach, ludzie się po prostu boją. Nie mają celu i motywacji do działania. Kiedyś były oczywiście inne zmartwienia, ale z rozmów z projektantami starszego pokolenia wynikało, że problemem nie był przesyt, ale niedobór. Motorem napędowym było wyrwanie się ze smutnej rzeczywistości. Udowodnienie, że jest się w stanie coś zaproponować sobie i innym, a ostatecznie światu. Sztuka i pokrewne jej projektowanie, były portalem do czegoś niecodziennego, czegoś co powodowało radość. Zawód wybierało się na całe życie. Praca, mimo, że trudna i wymagająca wszechstronnej wiedzy, była wtedy wolniejsza i bardziej kontemplacyjna, często postrzegana jako codzienne ćwiczenie intelektualne. Karol Śliwka pracował do końca swoich dni, on kochał to co robił. Postrzegał w owocach pracy wartość i często się upierał przy swoim.


Opis prelekcji mówi o skutecznych strategiach w „dynamicznie zmieniających się realiach”, a trudno dziś o tym rozmawiać, pomijając AI. Jako ktoś, kto rozłożył znak graficzny na czynniki pierwsze: co AI w projektowaniu znaku naprawdę potrafi, a czego nie ruszy?
Znak jest dla mnie podstawowym atomem w komunikacie i można go wypozycjonować na dziesiątki sposobów. Wiąże się z tym duża odpowiedzialność twórcy. Znak może być na pierwszym planie, bo np. jego symbolika jest ważna dla odbiorcy. Może być także częścią tła np. identyfikacji, czy kampanii opartej na ruchu i innych aspektach wizualnych. Może także pojawiać się co jakiś czas, albo za każdym razem w innej formie. Może być częścią produktu i wtedy liczą się fizyczne możliwości jego odwzorowania itd. To wszystko zależy od kontekstu. No i w budowaniu i badaniu kontekstu to człowiek jest i będzie głównodowodzącym, tak długo jak odbiorą jest inny człowiek, ponieważ znaki porządkują rzeczywistość i są potrzebne ludziom, ale pewnie mniej maszynom. W znaku zawsze liczył się indywidualizm dostosowanie do komunikatu, klienta i bardzo często odkrywczy minimalizm. Nie twierdzę, że niebawem dobrze nakarmiona maszyna losująca nie wygeneruje czegoś sensownego, ale jeżeli to ma działać, to i tak za całym myśleniem, strategią i wrażliwością przekazu musi stać człowiek. Poczekamy zobaczymy, ciekawe czasy do analizy. Ja się dobrze bawię opierając się w temacie znaku na nie-generatywnym warsztacie, przynajmniej mam poczucie, że każdy projekt mnie rozwija i mogę się pod nim podpisać. Co mi więcej pozostało niż trochę wysiłku i satysfakcja?


Twoje portfolio rozciąga się od monografii o znaku CPN przez okładki płyt i plakaty teatralne, po zlecenia dla Levi’s czy Disneya. To trzy zupełnie różne światy. Po czym poznajesz, że zlecenie jest „Twoje” i czy zdarza Ci się odmawiać, mimo że komercyjnie by się opłacało?
To tylko wycinek, natomiast pokazuje jak wciąż bogatą dziedziną jest projektowanie grafiki. Pracuję już z 15 lat i ciągle mierzę się z nowymi tematami i obszarami, które muszę poznać to bardzo stymulujące. Dlatego przez lata brałem co popadnie, bo chciałem spróbować wszystkiego. Natomiast zdarzało się odrzucać zlecenia, które potencjalnie mogłyby znacząco podreperować mi budżet. Po prostu czułem, że nie wyjdą. To czy projekt wyjdzie, czy nie, zależy od wielu czynników i bardzo ważna jest intuicja. Jeżeli od początku czuję, że „to się nie uda”, bo jest wbrew mojej praktyce, albo będę musiał się upodabniać stylistycznie do kogoś innego, albo produkt czy firma wywołuje w mnie dyskomfort, to po prostu nie przyjmuję zlecenia, z obawy, że mentalnie mogę być źle nastawiony. Oczywiście czasem ze względów czysto pragmatycznych, czy ekonomicznych zlecenie trzeba przyjąć i nie wybrzydzać, ale wtedy robię to tylko po to, aby zgromadzone środku móc przeznaczyć później na coś wartościowego i odkupić winy :) Narysowałem sobie nawet schemat podejmowania decyzji, który stosuje jak przychodzi zlecenie, mam zamiar opowiedzieć o nim więcej podczas mojego wystąpienia na GrafConf.
Uczysz na gdańskiej ASP. Patrząc na studentów, których dziś prowadzisz czego szkoła projektowa wciąż uczy dobrze, a za czym zupełnie nie nadąża w realiach 2026 roku?
W kwestiach technologicznych Akademie nie nadążały już 10 lat temu, teraz tylko to się pogłębia. Chociaż wszyscy się starają, aby tak nie było. Programy tworzy się często na 5 lat do przodu, bo tyle trwa edukacja. To okręt którym ciężko się skręca, a rynek oparty jest na motorówkach. Dlatego trzeba przyjąć inną perspektywę. To miejsce gdzie uczymy się jak działa kultura, poznajemy innych twórców oraz budujemy relacje. Rozmawiamy krytycznie o różnych zjawiskach, stawiamy pierwsze kroki i obserwujemy ile kolejnych kroków będziemy musieli już postawić poza uczelnią, myślimy i analizujemy. Dowiadujemy się także, czego się nie nauczyliśmy. To także czas na błędy, eksperymenty i próby – nie zawsze udane. Świat się zmienia, ale te kompetencje pomogą nam mieć odwagę i pewność siebie, żeby z nim się zmierzyć i dowiedzieć się kim jestem i czego chcę. Po studiach zawsze można iść na kurs doszkalający z jakiegoś najnowszego programu, to wydaje się prostsze.
Dzięki Tobie całe pokolenie młodych projektantów wymienia dziś Śliwkę jako ulubionego twórcę znaków. Gdyby ktoś za 40 lat miał zrobić to samo z kimś z naszego pokolenia, kto to Twoim zdaniem będzie i co takiego dziś robi, że przetrwa?
Obawiam się, że czasy ikon się skończyły. Autorytety nie mają już takiego przełożenia na rzeczywistość. Sekcje komentarzy mediów społecznościowych są potężnym narzędziem do zrzucania spiżowych rzeźb z cokołów. Wynika to także z rozczarowania wieloma postaciami, które potencjalnie miały być kryształowe, ale wcale takie nie były. Wyobrażenia często mijały się z rzeczywistością. Zostało rozczarowanie i rozgoryczenie podgrzewane polaryzacją. Druga sprawa to taka, że projektowanie jest dzisiaj w kryzysie, mamy wszystkie narzędzia świata i nieograniczone możliwości, ale nie tylko my… każdy. Demokratyzacja narzędzi sprawa, że projektowanie profesjonalne jest coraz mniej cenione. Ogólny poziom komunikatów, przez to, że jest ich tak dużo, obniża się i temu poziomowi trzeba sprostać. To co jest powszechne, przekłada się na gusta i ogólną kondycję dziedziny. Wszystkie konkursy na murale wygenerowane w AI, głosowanie na znak miasta na facebooku, strony generujące strony, czy portale ofertowe premiujące najniższą stawkę sprawiły że już dawno projektowanie wymknęło się z rąk profesjonalistów, a więc autorytety nie są potrzebne, bo tylko będa nas pouczać, co nie? Myślę, że za 40 lat nadal będziemy z łezką w oku wspominać złoty wiek grafiki użytkowej i to co po II wojnie światowej wydarzyło się pod kątem wizualnym najpierw w Europie, a później na całym świecie.
Na koniec: gdyby ktoś z sali miał zapamiętać z Twojej prelekcji jedną rzecz, co chciałbyś, żeby to było?
To, że mamy w Polsce wspaniałą historię grafiki użytkowej z której możemy być dumni. Jest to kopalnia wiedzy i pomysłów której warto skorzystać. Dzięki takiemu spojrzeniu branża może wzmocnić swoją tożsamość, stać się bardziej odporna na turbulencje i zamiast brać inspiracje z Pinteresta sama być tam inspiracją.
Patryka posłuchacie podczas tegorocznej edycji konferencji GrafConf, 12 września w Toruniu. Bilety wciąż są dostępne na naszej stronie.