Niedawno na Grafmagu pojawił się artykuł, w którym znani projektanci doradzali najlepszą – ich zdaniem – ścieżkę edukacji dla aspirujących twórców. Dziś pora „ugryźć” temat kariery zawodowej z innej strony. Przyjrzymy się strategiom poszukiwania pracy w branży kreatywnej z dwóch perspektyw, która z nich jest „właściwa” lub – co chyba ważniejsze – skuteczniejsza?

W 2016 roku światło dziennie ujrzała publikacja autorstwa Gem Barton zatytułowana Don’t Get a Job… Make a Job. How to make it as a creative graduate. Miała ona zwrócić uwagę środowiska kreatywnego na alternatywne (wobec „tradycyjnego” wysyłania CV i portfolio do agencji i firm) ścieżki poszukiwania dla siebie miejsca wśród konkurencji.

Historie poszczególnych projektantów opierają się w głównej mierze na poczuciu, że okres edukacji nie przygotował ich na zderzenie ze światem zewnętrznym. Dlatego zalecenia, którymi się dzielą, opierają się na wspólnej myśli, że tajemnica sukcesu tkwi w podjęciu ryzyka. Wśród tych licznych, choć krótkich historii znajdziemy takie rady jak:

  1. „Pracuj za darmo” – ale na określonych warunkach. Pokaż, co umiesz, daj się zauważyć. Przejdź z czasem na bycie „tanim” stażystą, wypracuj sobie kontakty, których nigdy byś nie zdobył wysyłając CV.
  2. Twórz dla tych, którzy będą korzystać z Twojej pracy w codziennym życiu – nie dla firm, a dla ludzi, którzy są wokół ciebie. Pozostań w ciągłym kontakcie ze „światem zewnętrznym” i swoim prawdziwym odbiorcą.
  3. Działaj zamiast jedynie opracowywać koncepcje.
  4. Twórz to, co podoba się Tobie. Nie słuchaj innych.
  5. Zawsze bądź wrażliwy na otaczający cię świat.
  6. Zbuduj zespół, znajdź ludzi, którzy myślą podobnie.

Brzmi odkrywczo? Chyba nie do końca. Rady udzielane w publikacji są bardzo rozbieżne i w zasadzie sprowadzają się do jednej, wspólnej idei – w branży kreatywnej, nawet do poszukiwania pracy trzeba podejść „kreatywnie”, a to raczej niewiele wyjaśnia. Nie znaczy to oczywiście, że książka nie jest ciekawa, niemniej opisuje pojedyncze przypadki, nie podając przy tym konkretnych strategii, które moglibyśmy wdrożyć w życie spodziewając się sukcesu. Do tego wszystkiego należy pamiętać, że mowa tutaj o rynku zachodnim, a zatem odrobinę innej rzeczywistości. Jest jeszcze jedno „ale”, które powoduje, że książka może okazać się pomocna jedynie nielicznym. Większość przypadków w niej opisanych dotyczy… architektów. Pojawia się zatem pytanie, czy jesteśmy w stanie znaleźć w tym wszystkim coś dla siebie?

W poszukiwaniu odpowiedzi zwróciłam się do polskich projektantów, aby opowiedzieli, jak wyglądała ich droga do sukcesu w swojej dziedzinie i jakich rad udzieliliby obecnym studentom kształcącym się na przyszłych projektantów, grafików, ilustratorów, fotografów etc. Zadałam wszystkim kilka prostych pytań o rynek pracy w branży kreatywnej i ich własne doświadczenia oraz rady, jakie mają dla osób dopiero zaczynających swoją karierę.

beetrootgraphic-lukasz-kowalikŁukasz Kowalik to grafik freelancer, który własną działalność znaną pod nazwą Beetroot Graphics prowadzi od 2008 roku. Zajmuje się m.in. projektowaniem znaków graficznych, opakowań, grafiki służącej promocji przeróżnych wydarzeń muzycznych i kulturalnych oraz projektami multimedialnymi.

Odkąd jestem sobie szefem bazuję jedynie na rekomendacjach, poczcie pantoflowej i… Przypadku. Nie inwestowałem nigdy w jakąkolwiek reklamę, nie korzystałem z SEO czy pozycjonowania. Był jednak taki czas, kiedy wyszukiwałem potencjalnych klientów w sieci. Wyławiałem wówczas odpowiednie adresy mailowe z określonych branż, wysyłałem „fancy” mailing z ofertą i prezentacją swoich projektów, jednak ten sposób okazał się być okrutnie nieskuteczny. Odpowiadały może dwie osoby na sto wysłanych wiadomości.
Założenie własnej działalności poprzedzała w moim przypadku ośmioletnia praca na etacie. Od zawsze jednak potrafiłem liczyć, a pracując w małej agencji reklamowej wiedziałem, ile zarabia mój szef (właściciel firmy), a ile z tego trafia do mnie. Nietrudno się domyśleć, że kwoty te różniły się od siebie. Przyszedł taki moment w życiu, w którym doszedłem do wniosku, że mogę robić to, co potrafię na własny rachunek a przy tym nadać tej pracy kierunek, który mi odpowiada.

Zakładając firmę miałem już kilku potencjalnych klientów. To efekt mojego pragmatycznego podejścia do życia i skłonności do niwelowania ryzyka. Postarałem się o to, by nie być zmuszonym do szukania zleceń w momencie otwierania działalności. Studentom szkół artystycznych doradziłbym poszukać innego kierunku ;)

A tak na poważnie, myślę, że na początku warto się gdzieś zatrudnić, żeby „ugryźć” temat w sposób praktyczny. Popracować z klientem, zderzyć własne „ideały” z oczekiwaniami zleceniodawcy. W ten sposób możemy przekonać się, czy na pewno mamy w sobie tyle samozaparcia, siły i pokory, żeby brnąć dalej. Trzeba pamiętać, że oprócz przyjemnych aspektów pracy kreatywnej, praca grafika to ciężki kawałek chleba – i mówię to bardzo poważnie.

beetroot-graphics-kowalik

© Beetroot Graphics

Wybór kierunku edukacji to dość obszerny temat, albowiem zarówno w pracy grafika/projektanta (jak w przypadku pracy kogokolwiek innego, kto prowadzi swoją działalność), potrzebny jest szeroki wachlarz wiedzy z wielu dziedzin. Zwyczajnie po to, aby uniknąć rożnego rodzaju kłopotów, czy posądzenia o ignorancję. W tej pracy niezbędne są podstawy marketingu i znajomość chociażby reklamowej terminologii. Zapewne wielu z nas współpracuje (albo tego nie uniknie) z agencjami i myślę, że przynajmniej pobieżne poznanie specyfiki pracy takiej agencji, może okazać się przydatne. Nie wiem jak bardzo powinniśmy się zaprzyjaźnić z ekonomią, ale myślę że w ogóle warto umieć liczyć, chociażby w kontekście wyceny swojego czasu pracy i potencjalnych dochodów :). Warto także cokolwiek wiedzieć o swoich księgowych powinnościach.

1-930x622

© Beetroot Graphics

Oczywiście, nie można zapomnieć o sztuce i jej historii. Bardzo często przecież, w mniej lub bardziej subtelny sposób, odwołujemy się w swoich projektach do rożnych dzieł, okresów, twórców czy symboli.
Jeśli chodzi o prawo, to należy znać przynajmniej podstawowe jego aspekty, jak formułowanie umów. Również prawo autorskie to wiedza – dla własnego bezpieczeństwa – pożądana, ale umówmy się, im dalej w las, tym bardziej potrzebujemy fachowego wsparcia.

I na koniec ostatnia, ale moim zdaniem bardzo ważna dziedzina: psychologia. Relacje z klientem, negocjacje. Psychologia daje nam konkretne narzędzia. Bardzo przydatne.
Należy pamiętać, że w tej branży uczymy się cały czas, technologia i możliwości wciąż się rozszerzają, a klienci stawiają co raz to nowe wyzwania, dlatego warto zachować otwartą głowę i bystre oko. I tak, zdaję sobie sprawę, że to brzmi jak jakiś komunał, ale doświadczenie odgrywa tutaj istotną rolę. Przyglądając się temu, co dzieje się w branży kreatywnej od strony formalno-logistycznej potrzebne są wyspecjalizowane osoby do realizacji konkretnych zadań i realizowanie projektów na zasadzie outsourcingu. Myślę, że w przyszłości na etatach w biurach zostaną już tylko specjaliści od DTP.

Jako osoba posiadająca własną działalność nierzadko dostaję portfolia i oferty współpracy. I mówię tutaj o sytuacjach, kiedy ktoś chce mnie zatrudnić, ale też takich, kiedy ktoś chce pracować dla mnie. Portfolio, które ma nam dać pracę, musi być oryginalne, ciekawe, nurtujące, ale nie od strony formy, tylko z punktu widzenia zawartości. Przy czym nie musi być ono obszerne tematycznie. Ważne, żeby pokazywało warsztat, kreskę i pomysły. Główne błędy w tego rodzaju prezentacjach jak portfolio to zazwyczaj bylejakość, a nawet nijakość. Nie chciałbym zabrzmieć jak bufon, ale niestety, często otrzymuję nieciekawe prace, oparte na wciąż podobnych rozwiązaniach, które mam wrażenie – widziałem już setki razy.

zk_logo3

© Beetroot Graphics

Jeśli chcemy szukać pracy inaczej, niż poprzez wysyłanie portfolio to można na przykład odpowiadać na różnego typu ogłoszenia, przetargi czy zapytania. Zdarzało mi się także kompilować portfolio w formie prezentacji, przygotowanej pod konkretne zlecenie. Zazwyczaj jednak odsyłam potencjalnie zainteresowanych współpracą ze mną na swoje strony internetowe. Najważniejsze wtedy jest zadbanie o to, by portfolio w sieci było odpowiednio przygotowane. Musi pokazywać klientom pełne spektrum naszych możliwości, a nam powinno oszczędzić czasu i pracy na każdorazowe przygotowywanie osobnych prezentacji pod ewentualne zlecenie. Oczywiście mówię to w momencie, gdy moja strona nie była uaktualniana od miesięcy ;).

lukasz_zbieranowski_zdjecie_smallŁukasz Zbieranowski – grafik, projektant, samouk, współtwórca łódzkiego studia Fajne Chłopaki, znanego z projektów w stylu retro, upodobania do szarego papieru i polskiej grafiki lat sześćdziesiątych.

U mnie przygoda z grafiką zaczęła się od pasji. Nie mam wykształcenia kierunkowego, więc to co zacząłem tworzyć w tym zakresie na początku to raczej własne, luźne pomysły. Zatem zyskiwałem doświadczenie poprzez robienie drobnych rzeczy dla znajomych i wychodząc z inicjatywą robienia jakichś projektów nieodpłatnie. Byleby coś zrobić, z czymś się zmierzyć i zacząć budować portfolio. Pracując na stanowisku marketingowym w instytucji kulturalno-artystycznej sam wychodziłem z inicjatywą działań graficznych. Wizualnego ulepszenia newslettera, plakatu, tworzenia sloganów okraszonych wizualnie.

Po jakimś czasie poczułem się pewniej i chciałem już pracować stricte w branży jako grafik. Rozpocząłem poszukiwanie pracy. Wpadłem na pomysł, by to moje CV zrobić inaczej. Pokazać, że kreatywność to nie jest coś, co wpisuję w umiejętności miękkie tylko, że da się dostrzec w tym moim świstku. Zatem pierwszą stronę zrobiłem na modłę strony głównej Gazety Wyborczej. Dałem jakieś nagłówki, które mówiły coś o mnie, było zdjęcie, a tę część czysto informacyjną uporządkowałem jakby w formie wywiadu ze mną. No i ta forma zadziałała. Wysłałem CV w dwa miejsca i jedno z nich się odezwało. Powiedzieli mi, że akurat poszukują kogoś i moje CV – z racji inności – wskoczyło na górę. Tak znalazłem pracę jako grafik – projektant dtp. Poszukiwanie pracy wspominam w związku z tym dobrze, bo nie trwało długo.

Sposób, w jaki pracuję teraz to składowa tego, że mniej więcej po roku już nie chciałem robić tego, co na stanowisku grafika we wspomnianej firmie robiłem oraz tego, że mój kumpel grafik zdecydował się na samozatrudnienie i zachęcał mnie do połączenia sił. Pamiętam jak dziś, gdy stworzyłem projekt etykiety na skarpety dziecięce, która była w konwencji tektury i jakiejś stonowanej palety barw. Szef mi wtedy powiedział „Łukasz, czemu ty robisz takie smutne te projekty?” No i poczułem, że nie odnajduję się w branży opakowaniowej która w zasadzie u nas „klepie” projekty, które właśnie jako jedyną cechę pozytywną mają to, że nie są smutne. Reszta jest straszna. Odszedłem w pokoju i rozpoczęliśmy działać jako Fajne Chłopaki. Od tamtej pory nie szukamy zleceń, tylko one przychodzą do nas.

fajne-chlopaki

© Fajne Chłopaki

Osobom, które szukają dla siebie miejsca w branży kreatywnej doradziłbym przede wszystkim:

Pokorę (szczególnie tym ze szkół artystycznych), szacunek do tego, czym może być realne doświadczenie zawodowe. Często jest tak, że to co mają do pokazania młodzi w portfolio nie bardzo się zgrywa z tym, co można zrobić na wolnym rynku. Trzeba zatem pojawiać się tam gdzie można spotkać potencjalnego pracodawcę. Zagadać, chcieć coś zrobić, chcieć się nauczyć. Sporo znam dobrych miejsc do pracy, gdzie pracują ludzie, którzy się pojawili w odpowiednim momencie. Nie z linii formalnej rekrutacji.

Obserwować co się dzieje na świecie – odnoszę wrażenie, że niektórzy od razu myślą, że postawią świat graficzny na głowie i potem wrestlingowym ruchem rzucą go na kolana. Robią więc coś jakby zupełnie po swojemu. Wychodzi jednak z tego twór, który nie jest indywidualny tylko staromodny, infantylny i nijak się mający do współczesnego projektowania. Zatem mimo wszystko polecam najpierw obserwować i próbować zrobić tak samo. Dobra droga do szlifu, zrozumienia dlaczego coś nam się podoba i jakie są narzędzia i działania, by do równie dobrego projektu dojść przy pomocy swoich narzędzi. Potem często okazuje się, że klaruje się jakiś własny styl, preferencje. Niektórzy wtedy zaczynają mieć jakieś mocniejsze strony niż inni kandydaci. Jeśli się to nie uda to może chociaż uda się być dobrym rzemieślnikiem, który potrafi dobrze wykonać pracę na zadany temat w określonym stylu. To bardzo dużo w dzisiejszych czasach, gdzie każdy myśli że jest królem Instagramu a nic poza zdjęciem kawy nie potrafi wymyślić.

fajne-chlopaki-2

Inicjatywa – dobrze jest spróbować określić swoje mocne strony. Wówczas łatwiej stworzyć podkład do odpowiedzi na – jakże istotne – pytanie: po co ktoś ma mnie zatrudnić? To niekoniecznie muszą być umiejętności graficzne. Cechy osobowe, otwartość, sposób patrzenia na rzeczywistość, jej komentowania, podejście do drugiego człowieka i funkcjonowanie w relacji z nim to są składowe nie do przecenienia. Warto to wszystko rozważyć przy próbie tworzenia zapotrzebowania na własną osobę w miejscu pracy tworzonym przez kogoś innego.

fajne-chlopaki-3

© Fajne Chłopaki

Nie od razu „hop siup” – podam nasz przykład. Jak ktoś do nas startuje z chęcią zdobycia szlifu, bo nie ma jeszcze doświadczenia to czeka go rozczarowanie. Jesteśmy małym studiem. Bierzemy takie zlecenia i takie mamy podejście do realizacji, że mało jest dłubaniny którą można oddać „żółtodziobowi”, by się ćwiczył i nie popsuł i nie trzeba było go korygować. Zatem znacznie lepszym miejscem do pierwszego szczebla działania jest szukanie w miejscach bardziej „wyrobniczych”, gdzie zatrudnienie jest spore, budżety duże, kreacja umiarkowana, ale jest i nauka.

Jeśli chodzi o samą prezentację swoich pracy, to fajnie, by portfolio było dostosowane jakoś do zapotrzebowania. By nie walić tam jak popadnie. Z moich wrażeń i obserwacji wysnuwam taką uwagę, że wielu nie radzi sobie z typografią której używają do informacji dodatkowych. Dobrze jest zainwestować w jakiś ciekawszy krój, niż najprostszy standard. Choć jak ktoś „kuma” to i z Arialem sobie może ciekawie poradzić. Fajnie jest mieć pomysł na siebie w prezentacji swojego dorobku.

Wysyłanie portfolio, to nie wszystko. Ja jestem zwolennikiem działań dodatkowych. To jest dobre dla samorozwoju, poszukiwaniu zleceń, promocji siebie, pokazaniu podczas aplikowania, że się działa, jest się aktywnym, nie siedzi się na czterech literach (nieważne jak wybornego kroju) i nie czeka aż się dokona niebywałość. Na przykład u nas fanpage na Facebook’u traktujemy raczej jako miejsce na wrzucanie rzeczy dodatkowych. Ale własnych, nie udostępniamy jakichś cudzych postów by zbudować „fejm”. Są to własne wytwory ale spoza komercyjnej działalności. Dzięki temu myślę udało się swego czasu zbudować sporą grupę odbiorców (jak na studio graficzne), bo to kogoś zaciekawiło. Myślę, że inaczej by było gdybyśmy promowali tam tylko, że jesteśmy super i co zrobiliśmy dla klienta. Dzięki temu odmiennemu profilowi myślę, że udaje nam się powiedzieć coś więcej o sobie. To polecam poszukującym.

A już za tydzień na Grafmagu poznacie historię i opinię na ten temat Marty  Ignerskiej, Katarzyny Boguckiej oraz Łukasza Kendryna. Poznacie także moją opinię na temat książki Don’t Get a Job… Make a Job. How to make it as a creative graduate, która stanowiła inspirację dla dzisiejszego tekstu.

dont-get-a-job-make-a-job-how-to-make-it-as-a-creative-graduate-03 dont-get-a-job-make-a-job-how-to-make-it-as-a-creative-graduate dont-get-a-job-make-a-job-how-to-make-it-as-a-creative-graduate-2

Monika Suchodolska
autor artykułu

Od 2008 roku pracuje jako grafik komputerowy w Lublinie (freelancing), współpracuje z instytucjami kultury, fundacjami, firmami, wydawnictwami etc., pracuje na UMCS jako nauczyciel akademicki (uczy projektowania stron www i grafiki komputerowej). Ponadto w 2014 roku wydała książkę, którą wspólnie ze znajomą napisała i zilustrowała. Od ponad roku świruję na punkcie ilustracji dla dzieci.

Ilustracja w nagłówku artykułu: © ninelutsk — Fotolia.com
Wszystkie prawa zastrzeżone

Wszystkie prawa zastrzeżone. Wszelkie prawa do artykułu są własnością jego autora. Kopiowanie, modyfikowanie, cytowanie artykułu bez jego zgodny jest zabronione.