Jeszcze nie tak dawno, bo 15 lat temu odpowiedź na pytanie „od czego zacząć?” była dość prosta: przygotuj narzędzia, miejsce do pracy i pisz. Wizyta w sklepie dla plastyków nie trwała długo – dostępne materiały: dwa rodzaje stalówek ostro zakończonych (w tym jedna z faktycznym przeznaczeniem do stenografii, druga do rysunku), jeden rodzaj stalówki ściętej, za to dostępny w kilku rozmiarach, obsadka prosta drewniana, atrament, papier. Rozkładam materiały przed sobą na uprzątniętym biurku.

Już trochę wiem, jak ich używać, jak przygotować, aby dało się nimi pisać, ale nie znam liter, zasad, żadnych alfabetów, znikąd wzorników, liniuszków, więc zupełnie w ciemno daję się ponieść stalówkom. Rysuję linie naiwne, pokręcone w te nieszczęsne ślimaki, stalówka haczy o papier wyrywając mnie z kaligraficznego snu i rozbryzgując po kartce atrament. Kleks! Tak cieszy kleks, niegdyś przekleństwo dziecięcych prób piśmienniczych, mnie – osobę dorosłą – ucieszył jak trafiony urodzinowy prezent. Uśmiecham się do siebie i czuję się wyjątkowo. Wszystko robię powoli, nakładam stalówkę na obsadkę, zanurzam w kałamarzu pozbywam się nadmiaru atramentu ze stalówki i stawiam kolejne litery, wyrazy, zdania. Nierówne to, linia raz pnie się w górę raz opada, nie myślę o światłach, ni o rytmach, bo też i nie mam pojęcia, że w ogóle istnieją, ale jaka radość! Nabazgrałam coś, jakiś tekst. Takie trochę brzydkie kaczątko, ale widać, że może kiedyś… Naturalnie, wtedy nie patrzyłam na to, jak na coś nieładnego. Wszystko napisane stalówką było piękne, bo inne niż długopisem. A ponieważ nie posiadałam żadnych wzorników, żadnych książek toteż nie miałam żadnego odniesienia i nie mogłam popaść w kompleksy z powodu moich naiwnie pokręconych literek. One były piękne, a w oczach mi się mieniło…

Tak mijały lata. Wielkich postępów w tym czasie nie dokonałam, ale nie wiedziałam o tym jeszcze, więc wytrwale „kaligrafowałam” listy, koperty, wiersze i tylko zmieniałam kolory atramentów. I to, zdaje się, był największy progres w ciągu pierwszych lat istnienia mojego „kaligraficznego skryptorium”.

Aż wreszcie w podróży po niemieckiej ziemi dane mi było odwiedzić atelier jednego z tamtejszych kaligrafów. To było atelier! XIX-wieczny dom z okiennicami, a samo pomieszczenie przestronne, z ogromną ilością stołów do pracy i z ogromną ilością okien. Tak je zapamiętałam. Wszystko drewniane starym, dobrze zachowanym drewnem. Setki pudełek ze stalówkami, atramenty własnej roboty i wzorniki, wzorniki, wzorniki… Wszędzie alfabety! Nie, nie załamałam się. Jak te okna rzucały światło do pracowni, tak wizyta w niej rzuciła światło na całą moją dotychczasową pracę, całe doświadczenie, jakie skrzętnie gromadziłam latami. Z owej podróży przywiozłam „do mojego własnego biurka” dziesiątki stalówek, jakich na oczy nigdy nie widziałam, atramenty i przede wszystkim wzorniki. I już nic nie mogło mnie powstrzymać. Cenne okazały się lata błądzenia po omacku wśród literniczych zagadnień. Dały mi one gruntowną wiedzę na temat narzędzia i odpowiednie przygotowanie do rozpoczęcia świadomej pracy z literą.

Papier Midori

Papier Midori

Dzisiaj… gdybym zaczynała dzisiaj wyglądałoby to zupełnie inaczej. Z pewnością pierwszym źródłem do jakiego sięgnęłabym, byłby Internet. I znalazłabym w nim całe mnóstwo materiałów: prace innych kaligrafów, wzorniki (nawet te z rozpisanymi na elementy literami), samouczki, tutoriale, filmiki i tak w nieskończoność. Poczytałabym o narzędziach: jakich użyć i w jaki sposób przygotować je do pisania. Pobiegłabym do sklepu dla plastyków, by kupić stalówki, jakiś atrament i papier. Potem wpisałabym w youtube: „how to calligraphy” i siedziałabym całą noc i następną i następną i próbowałabym kopiować to, co widzę na ekranie. Może jeszcze doczytałabym trochę o kaligrafii, żeby mieć jakąś wiedzę teoretyczną na temat podstawowych zagadnień z nią związanych. A potem spojrzałabym na „zakaligrafowaną” kartkę i doszłabym do wniosku, że coś z moimi literami jest nie tak… Rwałabym włosy z głowy: „Co się dzieje? Wszak kaligrafuję już od kilku miesięcy (!!!), a efekty dalekie od tych we wzornikach i na filmach!” Co robić”?
Cóż robić – siadam, piszę dalej, coraz bardziej niecierpliwie, coraz bardziej chaotycznie, zaczynam się złościć. I w tym miejscu najpewniej doszłabym do wniosku, że najlepiej wybrać się na jakiś kurs albo warsztat.

Stop. Ten tekst nie jest reklamą warsztatów. Gdyby tak było, byłby znacznie krótszy I zamykałby się w dwóch zdaniach: „Od czego zacząć? Od kursu”. Ale nie tak miało być. Owszem, można zacząć od kursu. Na kursie dowiesz się wszystkiego po kolei, kurs będzie motywujący i – przede wszystkim – osoba prowadząca powinna poprawić Twoje błędy, których Ty możesz nawet nie dostrzec, dając jednocześnie wskazówki jak ich unikać.

Papier Clairefontaine

Papier Clairefontaine

Ale można być samoukiem, choć jest to znacznie trudniejsze i wymaga więcej czasu. Nikt przecież niczego nie podpowie i nikt nie poprawi. Nauka „korespondencyjna” nie istnieje. Żeby móc poprawić błąd nauczyciel musi najpierw zobaczyć w jaki sposób jest on popełniany. Moja rada na początek brzmi: CIERPLIWOŚCI. „Kaligrafia uczy cierpliwości” – można przeczytać w każdej notce – ale kaligrafia przede wszystkim tej cierpliwości WYMAGA. Kaligrafii nie nauczysz się w kilka miesięcy, to jest praca na długie lata. Ale jakże przyjemne lata! Niech kaligrafia będzie czymś, co zastąpi chaotyczny bieg myśli. Przygotuj się do niej dobrze, zapewnij sobie najlepsze narzędzia:

  1. obsadka prosta drewniana oraz obsadka „oblique pen” do Copperplate’a.
  2. stalówki – na początek Gillott lub Leonardt, z których dla początkujących doradzam mniej elastyczne Leonardt III EF. Stalówki o wysokiej elastyczności dają więcej możliwości w późniejszym etapie kaligrafowania, jednak początki z tą stalówką mogą być bardzo trudne i szybko zniechęcające (np. Leonardt EF Principal, czy wszelkiego rodzaju Gillotts’y).
  3. atrament – nie może być ani za gęsty, ani za rzadki – ja polecam Ecolinę, której używam od lat piętnastu, ale też wszelkiego rodzaju atramenty dedykowane do piór wiecznych. Z atramentami do kaligrafii bywa różnie, eksperymentuj.
  4. papier – pozwól sobie na coś więcej niż zwykły papier do drukarki. Navigator, Color Copy, zeszyty „Oxford” – każdy papier to inne doznanie. Te najlepsze: Clairefontaine, Midori – ze względu na cenę niekoniecznie do ćwiczeń, ale przy wprawnej już ręce przejście na tej klasy papier to najwyższa przyjemność. Czy kaligrafa może spotkać coś lepszego niż dobrej jakości papier? Powątpiewam…
Obsadka drewniana

Obsadka drewniana

Leonardt III EF

Leonardt III EF

Obsadka typu oblique pen

Obsadka typu oblique pen

Joseph Gillot's Extra Fine 303 England

Joseph Gillot’s Extra Fine 303 England

Korzystaj z książek, których pełno na allegro (szukaj ich wpisując hasła w języku angielskim, np. „calligraphy” „copperplate” „medieval calligraphy” itd.) i tutoriali dostępnych w Internecie i bądź krytyczny wobec swojej pracy. Pisz świadomie i pomyśl czasami o literze pełnej gracji. Dla mnie kaligrafia zawsze będzie jak muzyka, a litery jak tancerze, tańczący raz taniec klasyczny, innym razem balet, jeszcze innym breakdance. Nadaj swoim literom indywidualność poprzez zmianę narzędzi lub zmianę techniki posługiwania się narzędziem tradycyjnym, ale zawsze pamiętaj, że historia litery to właściwa droga do jej zrozumienia.

pistal

Sklepy internetowe, w których zaopatruję się w wyżej wymienione materiały:

Ewa Landowska
autor artykułu

Muzyk, kaligraf. Kaligrafią zajmuje się od roku 1999. Prowadzi warsztaty, kursy oraz pokazy kaligrafii na terenie całego kraju. Tworzy i projektuje własne kroje pisma w oparciu o klasyczne alfabety. Pracuje zarówno z literą tradycyjną, jak i nowoczesną.

Ilustracja w nagłówku artykułu: © aleksa_d — Fotolia.com
Wszystkie prawa zastrzeżone

Wszystkie prawa zastrzeżone. Wszelkie prawa do artykułu są własnością jego autora. Kopiowanie, modyfikowanie, cytowanie artykułu bez jego zgodny jest zabronione.