Jeden z najwybitniejszych współczesnych projektantów, absolwent PWSSP w Poznaniu, dyplom przygotowywał pod okiem prof. Waldemara Świerzego. Andrzej Pągowski – plakacista, który współpracował z najwybitniejszymi polskimi reżyserami, scenograf, rysownik, autor murali. Właśnie otworzył wystawę „Waldemar Świerzy – Nowy poczet władców Polski” w Gdańsku, którą poleca przede wszystkim jako naukę polskości. Jest gościem honorowym Targów Plakatów, które odbędą się 4 grudnia w Warszawie.

Od kilku dni możemy oglądać „Nowy poczet władców Polski” w oddziale Muzeum Narodowego w Gdańsku. „Świerzy konta Matejko” – jakie Pana przemyślenia po wernisażu?

Przede wszystkim znowu sukces, ponieważ mieliśmy bardzo dużo widzów na wernisażu, już na drugi dzień byli widzowie na samej wystawie. Moim zdaniem, jest ona bardziej spójna niż ta na Zamku, ponieważ sama sala jest dużo ciekawsza. Chociaż są tacy, którzy tę wystawę na Zamku Królewskim bardzo polubili. Najważniejsze, że ten poczet dociera do coraz większej grupy osób i coraz większa grupa osób przekonuje się, że warto – jeżeli się interesujesz historią, jeżeli masz w sobie jakieś zainteresowanie polskością i sztuką – znać te dwa poczty, które się bardzo dobrze uzupełniają.

Wielki sukces widzę również w fakcie, że powróciło zainteresowanie samym Matejką. Świerzy, który jest twórcą współczesnym – niestety też nie żyje – jest nadal bardzo bliski niektórym ludziom. Byli na wystawie goście, którzy się wychowali na jego plakatach, ale były też młode osoby. Także fajnie, że te dwa nazwiska razem tutaj zaistniały. Niemniej jest to przede wszystkim projekt z misją, który ma wzbudzić zainteresowanie historią własnego kraju u młodych ludzi. Zapraszamy na wystawę „Świerzy kontra Matejko” – starcie tytanów, wystawa do oglądania i do czytania. Jest dużo bardzo ciekawych informacji, widzowie czytają te opisy i to jest fantastyczne. Możemy zobaczyć człowieka i przeczytać, jaki on był naprawdę.

Plakat filmu "Miś" Stanisława Barei

Plakat filmu „Miś” Stanisława Barei

Czyli można się dużo z tej wystawy nauczyć?

Tak, bo jest to wystawa edukacyjna. Mamy Matejkę, mamy Świerzego, ale mamy też opisy władców i dwa przepiękne wydawnictwa, z bardzo rozbudowaną częścią literacką. Wszystko jest oparte na badaniach historycznych, ale napisane językiem bardzo fajnym, współczesnym. Nie unikamy mocnych słów, ani mocnych opisów. Młodym ludziom się to bardzo podoba.

Mocnych słów?

„Kastrowanie”, „pedofilia”, „mordowanie” i tym podobne, ponieważ ci władcy nie przebierali w środkach, żeby utrzymać władzę i my o tym piszemy. Matejko kilku władców w ogóle nie namalował, ponieważ byli tak wredni, że nawet nie przyszło mu do głowy, żeby ich utrwalać. Ale my doszliśmy do wniosku, że nawet jeśli ktoś przez dwa miesiące utrzymał władzę, a był wrednym bandytą, to jest niemniej wart pokazania. A historia i tak go oceni.

To taka trochę nasza polska „Gra o tron”?

Właśnie tak. Nawet w trakcie wernisażu w rozmowach w Gdańsku usłyszałem, że gdyby tylko nakręcić na tej podstawie film, to wyszłaby taka „Gra o tron”.

Może się w takim razie doczekamy polskiego serialu historycznego na podobnym poziomie?

Myślę, że gdyby to trafiło na jakiegoś rozsądnego scenarzystę, to byłaby to bardzo ciekawa historia. Szczególnie w kilku przypadkach, gdzie ci władcy w ogóle byli wyjątkowo okrutni, a nie byli znani. Natomiast przez przypadek się zasłużyli. Ciekawe osobowości i bardzo ciekawe czasy.

Przejdźmy do Targów Plakatu. Organizatorzy wydarzenia napisali, że polski plakat przeżywa renesans, wspominając Polską Szkołę Plakatu, ale co młodzi twórcy mają do zaoferowania?

Polska Szkoła Plakatu to był wycinek czasów bardzo krótki i taki bardzo mocny, to były lata pięćdziesiąte i sześćdziesiąte. Natomiast nie da się ukryć, że każdy twórca, który miał do czynienia z kimkolwiek z tamtej grupy, a ja miałem z jednym z najlepszych – Waldemarem Świerzym – musiał się zarazić tego typu projektowaniem plakatów. I widać dziś takie pozytywne „obciążenie” tym zjawiskiem. Dzisiejsi twórcy mają przede wszystkim inny start, mamy zupełnie inne czasy. Realia są takie, że nie ma dla nich pracy i nie mają szans pracowania z kultowymi twórcami. Ja w młodości zaczynałem pracę i pracowałem z późniejszymi gwiazdami jak Kieślowski, Holland, już wtedy znanymi Wajdą i Zanussim, bardzo znanym Skolimowskim ale też mniej znanymi wówczas jak Kijowski, Zaorski czy Bareja, to oczywiście mówimy tutaj o innych możliwościach, niż tych dostępnych dla dzisiejszych twórców. Nie ma takich nazwisk, które byłyby do tego stopnia ważne, by umożliwić taką współpracę. Młodzi twórcy mają do zaoferowania teraz ciągłość kulturową, ciągłość fajnego designu, fajnego projektu, czegoś takiego, co ludzie chcieliby mieć u siebie w domu. Mają też misję, bo jeśli oni nie zaczną ze swoimi pracami docierać do jak najszerszej masy odbiorców, to ta kultura prędzej czy później zostanie zalana taką papką komercyjną. To będą czasy, w których znikną z domów książki a ze ścian obrazy. Ta misja jest bardzo ważna, ale myślę, że młodzi projektanci nie do końca zdają sobie z niej sprawę.

A co z młodymi twórcami, którzy „przerabiają” dawne plakaty, robią własne propozycje do takich filmów jak na przykład „Przeminęło z wiatrem”?

To jest taka pozytywna próba podłączenia się pod kult. Ja nie musiałem tego robić, ponieważ mam w zestawie kilkaset wielkich tytułów, ale one były dla mnie „z automatu” dostępne. Dzisiaj młody twórca, żeby zaistnieć w popkulturze musi nawiązywać do Merlin Monroe, Beatlesów, czy do „Przeminęło z wiatrem”. Musi robić takie rzeczy, które już „się obroniły” w oczach ludzi na całym świecie. Dzisiejsi młodzi projektanci nie patrzą na Polskę, patrzą na świat. Dlatego wybierają tematy globalne. Jak patrzę na strony internetowe i profile młodych twórców na Facebook’u to widzę, że oni powracają do plakatu, ale są to plakaty do filmów bardzo znanych na świecie. Nie widziałem, żeby ktoś od nowa robił „Popiół i diament”, chociaż widziałem propozycję plakatu do „Czterech pancernych i psa” czy „Stawki większej niż życie”, które też są oczywiście kultowymi produkcjami na terenie naszego kraju.

Plakat filmu "Anatomia zła" Jacka Bromskiego

Plakat filmu „Anatomia zła” Jacka Bromskiego

Plakat filmu "Essential Killing" Jerzego Skolimowskiego

Plakat filmu „Essential Killing” Jerzego Skolimowskiego

W takim razie czego możemy się spodziewać na tegorocznych Targach Plakatu w Warszawie?

Na Targach będziemy mogli przede wszystkim spotkać różne pokolenia twórców. Takich, którzy już mają znane nazwiska i tych, którzy dopiero zaczynają. Będziemy mogli z tymi twórcami porozmawiać, posłuchać, co mają do powiedzenia i zobaczyć to, co mają do pokazania. Będą książki ze Świata Książki, będą warsztaty. Szczerze powiedziawszy, nie wypada nie być na Targach Plakatu.

Będzie można kupić Pana plakat?

Oczywiście, pracujemy nad tym, żeby te plakaty były dostępne. Uruchomiłem właśnie swoją stronę internetową pagowski.pl i mogę nareszcie moim fanom powiedzieć: „słuchajcie – możecie tutaj kupić moje plakaty”. Młodzi twórcy mają tak, że ich praca od początku jest też ich biznesem. Ja tak nie miałem, moim biznesem była praca, którą mam wykonać „na jutro”. Uświadomiłem sobie, że ludzie, którzy lubią moje plakaty, powinni mieć takie miejsce, gdzie będą mogli je zdobyć. Wysyłałem ich kiedyś do galerii, ale zdobyć plakat było trudno. Dzisiaj kupowanie przez Internet dla wielu ludzi jest łatwe i to medium było takie oczywiste.

W jednym z wywiadów powiedział Pan: „Dziś artysta nie może robić, co mu w duszy gra, tylko jest zamówienie i grafik musi wykonać to, za co mu płacą” czy Pan uważa, że to jest rzeczywiście największy problem młodych projektantów?

Tak, ponieważ bardzo często młody człowiek nie podpisuje plakatu. Nie wszyscy, ale jest część, która nie podpisuje. Na moje pytanie „dlaczego?” on mówi, że to jest „chałtura”. Dla mnie jest to pewnego rodzaju paradoks. Jeżeli ja podejmuję decyzję, że jestem autorem do wynajęcia – czyli jestem autorem grafiki użytkowej, to nie mogę się obrażać, że ktoś mi robi uwagi do mojego plakatu. A w momencie, kiedy robi uwagi, młody projektant mówi, że to jest „chałtura”, bo on nie może robić tego, co chce. Oczywiście, od razu jest odpowiedź: „panu jest łatwiej, bo pan ma nazwisko” i to jest prawda, ale ja nie ukrywam, że też mam takie sytuacje „na granicy”. Po prostu uwagi do projektu są na granicy mojej wytrzymałości i w pewnym momencie – na szczęście nie często – rezygnuję. Dzisiaj klient mając pieniądze i siłę nabywczą wymaga tego, co chce. Dlatego zacząłem pracować na komputerze, ponieważ nie byłbym w stanie dzisiaj spełnić wszystkich warunków i uwag klienta. Gdybym pracował w systemie analogowym i robił prace farbami, musiałbym po prostu za każdym razem projekt przemalowywać. To są trudne czasy, które na pewno nie pozwalają stać się twórcą popularnym. Rynek nie jest zainteresowany popularyzacją kultury.

W jakich sytuacjach rezygnuje Pan ze zlecenia?

Zawsze tłumaczę, że za długo pracowałem na nazwisko. Popełniałem błędy, ludzie pamiętaj sukcesy, ale z większą przyjemnością wspominają wpadki. A przy takiej ilości pracy, którą robiłem, szczególnie na początku, kiedy nie miałem świadomości, że to będzie oceniane. Tych wpadek było trochę. Dzięki tym doświadczeniom pilnuję dzisiaj tego, co robię i nie podpisuję prac, które są poniżej poziomu moich możliwości. W takiej sytuacji po prostu rezygnuję.

Z jakich narzędzi cyfrowych Pan korzysta?

Przede wszystkim korzystam z programów graficznych, które pozwalają mi pracować w systemie tradycyjnym. Cenię sobie bardzo rysunek odręczny, to maźnięcie, błąd, żeby było widać, że obraz jest handmade. Oczywiście to jest rysunek na tablecie – chociaż odręczny – ale ważne, żeby było widać, że jest odręczny, nie wektorowy i anonimowy. Musi być widać, że to nie jest „martwe”. Wspieram się czasami Photoshopem i Illustratorem, ale to bardzo rzadko. Moją wielką pasją jest robienie na tablecie i na telefonie, a czasami drukuję i maluję na wydruku – taką technikę wykorzystałem w pracy przy książce kucharskiej dla Lidla.

Nadal jednak te tradycyjne techniki odgrywają olbrzymią rolę?

Bardzo! Mając świadomość, że mogą mi wyłączyć prąd a ja nadal będę mógł pracować, czuję ogromną satysfakcję. Sytuacja, w której bez prądu nie byłbym w stanie wykonywać zawodu byłaby dla mnie samobójstwem.
Często się przemieszczam, więc pracując na tablecie mogę wysłać grafikę siedząc nad morzem, a to duże udogodnienie.

Czy mógłby Pan opowiedzieć trochę o współpracy ze znanymi reżyserami, na przykład Andrzejem Wajdą i realiach tamtych czasów?

To jest właśnie taka rzecz, której teraz brakuje. Gdy ja zaczynałem sytuacja była zupełnie inna. Wtedy kult artysty, projektanta był równoważny z kultem reżysera czy aktora. Plakaciści to była w ogóle taka kasta bardzo vipowska w środowisku. Było wielkie zapotrzebowanie rynku, było wielkie zainteresowanie publiczności. Przeciętny odbiorca orientował się, kto robi plakaty. Były dwa kanały telewizji i jedna, dwie gazety, dzięki którym kiedy coś odniosło sukces, to wszyscy o tym czytali. Były konkursy na najlepszy plakat, na najpopularniejszy plakat, były biennale – to wszystko było bardzo ważne. Ja na wernisażu w Zachęcie miałem półtora tysiąca ludzi i na koniec 25 tysięcy odbiorców, którzy wystawę widzieli. Zrobiłem 1300 plakatów, co myślę jest nie do osiągnięcia przez żadnego twórcę teraz. Oczywiście on może codziennie robić jeden plakat i go sobie wydrukować, ale ja plakat liczę tylko wtedy, kiedy on został zamówiony, wydrukowany i zapłacony.

Plakat filmu "Człowiek z żelaza" Andrzeja Wajdy

Plakat filmu „Człowiek z żelaza” Andrzeja Wajdy

Wtedy normą było spotykanie się z tymi największymi reżyserami. Każdy z nich był bardzo zainteresowany tym, kto robi dla niego plakat, jaki to jest kontakt. Często było tak, że oni prywatnie nawiązywali kontakty z twórcami. Tak było w przypadku Kieślowskiego, który mnie po prostu zaprosił do dalszej współpracy. Mimo że nie musiał, bo i tak u mnie plakaty były zamawiane. Chociaż nie wiem teraz, czy byłyby zamawiane do jego filmów, gdyby sam nie wyraził takiej chęci. Tak samo z Wajdą. W momencie, kiedy otrzymał plakat do „Człowieka z żelaza” – spotkaliśmy się wtedy na takiej specjalnej wystawie – i od tego czasu też współpracowaliśmy, do końca jego dni. Byliśmy w takiej bardzo miłej przyjaźni twórczej. Jestem też autorem plakatu do jego ostatniego filmu „Powidoki”, który został oficjalnie zaakceptowany już po śmierci pana Andrzeja. Będzie równolegle prezentowany z plakatem fotosowym, a może się uda, żeby był głównym plakatem.

Dzisiaj żaden reżyser nie ma wpływu na to, jaki plakat jest robiony do jego filmu. No może poza Andrzejem Wajdą, który walczył o swoje plakaty graficzne. Dlatego ten rynek tak się skurczył, skurczyła się możliwość kontaktu z twórcami, małe są szanse, żeby budować zespoły, ciągłości.

Plakat filmu "Przypadek" Krzysztofa Kieślowskiego

Plakat filmu „Przypadek” Krzysztofa Kieślowskiego

Plakat filmu "Przypadek" Krzysztofa Kieślowskiego

Plakat filmu „Przypadek” Krzysztofa Kieślowskiego

Plakaty graficzne, takie jak Pan robił korespondowały z filmem, nie były tylko fotosem, a to miało wpływ na odbiór całego dzieła filmowego.

Dlatego są one jest w kolekcjach. Andrzej był kiedyś załamany, że jego plakaty do nowych filmów nie są zbierane, ale ja wiedziałem, że dopóki będą robione tylko i wyłącznie fotosowe plakaty do filmów, które powstały po ’89 roku to nikt tych plakatów nie będzie kolekcjonował. Dlatego tak bardzo walczył. Dzisiaj są jeszcze takie przypadki,. Na przykład Skolimowski zamówił u Sasnala plakat do filmu „11 minut”, bo go lubi, bo lubi jego malarstwo. Poprzednio ja robiłem plakat do „Essential Killing”, więc są reżyserzy, którzy mają świadomość jakie to ważne. Skolimowski, Wajda to są ludzie, którzy wyrośli na tym, że plakat graficzny jest przedłużeniem historii filmu.

Natomiast świadomość tego, że do filmu jest wyłącznie fotos jest swego rodzaju zamknięciem, skazywaniem go na niebyt.

Ostatni wątek, który z pewnością budzi nadal wielkie zainteresowanie. Czy podjąłby się Pan zadania wykonania logo dla województwa pomorskiego oceniając sytuację z perspektywy czasu?

Oczywiście, że tak! Właśnie wróciłem z Gdańska, gdzie widziałem to logo w kilku miejscach już żyjące swoim własnym życiem. Najbardziej mi się podoba na pociągu SKM. Uważam, że to jest nadal bardzo dobre logo i zrobiłem swoje zadanie jeśli chodziło o zamówienie klienta. Natomiast wpadłem w pułapkę hejtu, tego, że ktoś wymyślił żenujący dowcip o brudnych majtkach. To stawia w złym świetle tylko tego, kto ten dowcip wymyślił, bo ja bardzo dbam o higienę i nigdy w życiu by mi się to tak nie skojarzyło. Oczywiście cała dyskusja obróciła się bardzo niedobrze wobec ASP w Gdańsku – mówiono nie dostali zlecenia to atakowali. A to nie prawda, bo nie wszyscy identyfikowali się z tą dyskusją. Sztuka i klienci funkcjonują na bardzo różnych polach, akurat zamówiono to u mnie. Ja wykonałem to jak najlepiej mogłem. Wydaje mi się natomiast, że nic tak nie buduje przekazu medialnego jak kontrowersje.

Rozumiem, że Pan jest też zadowolony z tego, jak województwo poprowadziło ten projekt?

Cały hejt dotyczył pierwszej prezentacji. Nie ma osoby, która by powiedziała, że źle to wygląda na pociągu, parawanach czy leżakach. Natomiast ja nie mam nic przeciwko krytykowaniu mojej pracy, tylko proszę mieć na uwadze, na jakim poziomie jest ta dyskusja.

Andrzeja Pągowskiego będzie można spotkać już 4 grudnia na Targach Plakatu w Warszawie, których będzie gościem honorowym.

Monika Suchodolska
autor artykułu

Od 2008 roku pracuje jako grafik komputerowy w Lublinie (freelancing), współpracuje z instytucjami kultury, fundacjami, firmami, wydawnictwami etc., pracuje na UMCS jako nauczyciel akademicki (uczy projektowania stron www i grafiki komputerowej). Ponadto w 2014 roku wydała książkę, którą wspólnie ze znajomą napisała i zilustrowała. Od ponad roku świruję na punkcie ilustracji dla dzieci.

Ilustracja w nagłówku artykułu: © Andrzej Pągowski
Wszystkie prawa zastrzeżone

Wszystkie prawa zastrzeżone. Wszelkie prawa do artykułu są własnością jego autora. Kopiowanie, modyfikowanie, cytowanie artykułu bez jego zgodny jest zabronione.